PanPablo
4 minuty

Jak nie gubić skarpet?

O przedmiotach potrzebnych, przydatnych i zbędnych opowiada Agata Napiórska, współzałożycielka magazynu Zwykłe Życie, dziennikarka i tłumaczka.

Oceń artykuł:

Nie zliczę razy, gdy mój mąż rozpakowując walizkę krzyczał, że znowu poginęły mu wszystkie skarpetki. Nie zliczę razy, gdy to samo cedziłam przez zaciśnięte usta kucając przy szafie w sypialni. I gdy moja pasierbica do szkoły szła w dwóch różnych skarpetkach. Potem okazało się, że taka panuje moda w podstawówce i wszyscy chodzą w skarpetkach nie do pary. Do grona gubicieli skarpetek niedawno dołączyła nasza córka, która ma niecały rok, a na koncie już ponad tuzin zagubionych skarpetek. Pamiętam, jak jeszcze jako osoba bezdzietna zastanawiałam się, jak to możliwe, że co rusz na jakimś płocie wisi smutna, samotna maleńka skarpetka. Teraz wiem – potomstwo lubi wyrzucać skarpety z wózka ot tak, dla zabawy. 

O zaginionych skarpetkach są już nawet lektury szkolne (Justyna Bednarek „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” ze świetnymi ilustracjami Daniela de Latour), problem jest więc powszechny.

Wiem, że ludzie mają na to różne sposoby

Można poukładać je sprytnie według wskazówek Marie Kondo – wtedy skarpetki patrzą na ciebie z szuflady zadowolone, bo w parach, choć ściśnięte jak sardynki w puszce. No ale to nie rozwiązuje problemu, bo przecież one giną gdzieś na etapie prania! One się gubią w koszu z brudami! Tam się mieszają, swingują, dzielą zapachami, nurkują i błądzą gdzieś na dnie. Niby można mieć na nie osobny kosz. Ale czy majtki nie będą zazdrosne? Poza tym gdzie wstawić drugi kosz, jak i tak w domu są trzy nowe na segregowane odpady? Odpada.

Można, jak przepytana przeze mnie w książce „Jak oni pracują” o metody upraszczające życie codzienne, seksuolożka Alicja Długołęcka, kupować wyłącznie skarpety w kolorze czarnym. W dodatku na spółkę z córką. No można. Ale co jeśli ja nie chce mieć wszystkich w tym samym kolorze? 

Tak naprawdę rozwiązanie jest banalne

Przychodzi mi tu z pomocą historia opowiedziana mi dawno temu przez świętej pamięci babcię Helę. Moja babcia mieszkała przed wojną w okolicach dzisiejszego Dusocina.

Pewnego słonecznego, choć nie upalnego dnia, wybrała się z całą gromadą rodzeństwa na wyprawę, by pozałatwiać sprawy i sprawunki. Szli długo i daleko, bo ponad piętnaście kilometrów w jedną stronę. W drodze powrotnej zatrzymali się nad rzeczką, żeby zjeść kanapki. Jaka to była rzeka, nie wiem, ale patrząc na mapę zgaduję, że może Gardęga, a może Mątawa, czy też Pręczawa (nazwy ładne i szkoda, żeby się zmarnowały niewymienione). Przy okazji, w którejś z tych rzeczek pomoczyli sobie zmęczone stopy. I ruszyli w drogę powrotną. Kiedy wreszcie dotarli do domu, okazało się, że babcia nie zabrała znad rzeczki jednej skarpety. I co zrobili? Wrócili po tę jedną zbłąkaną skarpetę! Piętnaście kilometrów! A wiecie dlaczego? Bo mieli wszystkiego po dwie pary każdy!

I to jest rozwiązanie. Może dwie to ekstremum, ale czy trzy pary skarpet nie będą grzecznie trzymały się za swe skarpecie rączki czekając sobie w szufladzie podczas gdy dwie inne pary wypoczywać będą na skarpetkowych wakacjach w koszu z brudami? Mniej skarpet, mniej kłopotów i pytań o miejsce ich przebywania. Jutro wprowadzam ten plan w życie!

zdjęcie okładkowe: Dominika Brudny, @domsli22

Przeczytaj także

Oceń artykuł:
Oceń artykuł:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments