PanPablo
5 minut

O butach

O przedmiotach potrzebnych, przydatnych i zbędnych opowiada Agata Napiórska, współzałożycielka magazynu Zwykłe Życie, dziennikarka i tłumaczka.

Oceń artykuł:

Jest w rodzinnym archiwum takie zdjęcie: plaża i uśmiechnięta dziewczynka w dwóch kitkach, krótkiej dżinsowej spódniczce, ciemnych rajstopkach i różowych sandałkach. To, że sandałki były różowe i z gumy pamiętam bardzo dobrze, ale musicie uwierzyć mi na słowo, bo zdjęcie jest czarno-białe. 

Jak przez mgłę pamiętam komunijne pantofle, białe, płaskie z odkrytym palcem, też z komisu. Nosiłam jakieś juniorki, jakieś conversy, jakieś trampki, trapery i adidasy. Ale wyraźnie pamiętam dopiero martensy. 

Pierwszą parę kupiła mi mama: granatowe, ośmiodziurkowe. Wybrałam kolor praktyczny, żeby pasowały na wszystkie okazje. I pasowały: nosiłam je latem, nosiłam zimą. Na wycieczce szkolnej w ósmej klasie podstawówki weszłam w nich na Śnieżkę, zdawałam w nich egzaminy wstępne do liceum. Był rok 1998. Trzy inne dziewczyny w mojej przyszłej klasie też miały na stopach martensy. Cztery nastolatki rozpoznały się po stylu obuwniczym niczym Carrie Bradshaw z Samantą, Charlotte i Mirandą. Przyjaźnimy się do dziś. Ubierałyśmy się w całości w pierwszych grudziądzkich lumpeksach, szukałyśmy dżinsowych dzwonów i kwiecistych bluzek z popeliny, za dużych swetrów, spranych koszulek z nazwami zespołów, sukienek do ziemi i wojskowych koszul. Eklektyzm w postaci neohippie zmieszanego z grungem. Martensy pasowały do wszystkiego. Nikt nie uświadomił nam wtedy, że we wczesnych latach 70. nosili je skinheadzi. Nie było internetu, nie było sprzedaży wysyłkowej, wiedzę o modzie czerpałyśmy z ulicy, z MTV i od starszych koleżanek. 

Jednak kiedy Carrie z przyjaciółkami biegały po Manhattanie w szpilkach od Manolo Blahnika, moja koleżanka z podstawówki (rozmiar stopy 42), na bal ośmioklasistów poszła w męskich skórzanych sandałach. Czasy były, delikatnie mówiąc, trudne.  Martensy nosiłam do końca szkoły średniej. Na kolejną, wymarzoną parę bordowych musiałam już zarobić sama. Co drugą sobotę pracowałam więc jako hostessa w pierwszym grudziądzkim supermarkecie Real. Praca podła, zarobki marne, na buty odłożyłam po paru miesiącach. Kupiłam je na wycieczce szkolnej do Warszawy, w podziemiach dworca centralnego. Dzięki temu, że sama musiałam na nie zarobić, dotarło do mnie, że 370 złotych za parę butów to sporo. Nawet dziś to niemało, a wtedy, w 1998 roku średnia krajowa wynosiła nieco ponad 1200 złotych. 

Zrozumiałam to, co mama kładła mi do głowy od dziecka: lepiej mieć jedną porządną rzecz, niż dziesięć bylejakich. Pastowałam więc swoje martensy regularnie, czyściłam żółte nitki starą szczoteczką do zębów i przetrwały w dobrym stanie wiele lat. Dziś nim kupię buty, staram się poznać ich historię, dowiedzieć kto je zaprojektował i uszył, jaką przebrnęły drogę. 

Moje decyzje o wyborze każdej nowej pary butów są pokłosiem wspomnienia o tamtych fikuśnych różowych sandałkach, które tak beztrosko i uparcie nosiłam nawet jesienią, gdy było już za chłodno na gołe nogi i tamtych martensów, które nauczyły mnie, żeby nigdy nie kupować rzeczy na jeden sezon.

Przeczytaj także

Oceń artykuł:
Oceń artykuł:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments